niedziela, 12 października 2014

Rozdział I

  „Ostrzegałam”


Weszłam pewnym krokiem do małej kawiarenki, z której słyszałam odgłosy rozmów. Nie zwróciłam na nie uwagi. Szybko zajęłam swoje miejsce i wyjęłam komórkę. Od mojej ucieczki minęły trzy dni. Moi rodzice zawiadomili policję, jednak nikt nie sądził, że zapuszczę się aż tutaj. To miasto było niesamowite., zawsze mnie tu ciągnęło. A po ich zdradzie? Mogłam spokojnie tu zamieszkać. Wzięłam ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Jakieś rzeczy, pieniądze oraz telefon i najpotrzebniejsze dokumenty. Rozrywało mnie szczęście. Potrafiłam uciec. Nie obchodziło mnie to, że zostawiłam wszystkich którzy mnie znali, bo właściwie nikt nie wiedział kim byłam naprawdę. Nikt. Tak bardzo cieszyłam się z tego kim jestem, jaka jestem… Wykręciłam głowę w stronę osób, które wydawały mi się w tym momencie dziwne.  Spojrzałam odruchowo w stronę dźwięku, który nagle usłyszałam, od razu go rozpoznając. Ktoś strzelił i to nie byle gdzie, ale tu w barze. Zadziwiające, ale nie poczułam paniki a przypływ adrenaliny. Wiedziałam, że wezwali policję, słyszałam to. Dwoje ludzi ubranych w czarne skórzane kurtki, mieli przy sobie broń. Wycelowaną w osoby, które zaczęły od razu panikować.
- Na ziemie! – krzyknął pierwszy, celując bronią, drugi zaś szukał w kasie pieniędzy. – Jazda! – wystrzelił jeden pocisk do góry. Natychmiast wszyscy zeszli ze stołków i położyli się na zimnej posadzce. Byłam najbliżej gangsterów, więc od razu zrobiłam co kazał. Wpatrywałam się w niego, dopóki nie usłyszałam syren, oznaczających przyjazd policji. Wstałam w momencie, kiedy drzwi się otworzyły. Złodziej wycelował we mnie, jednak ja byłam szybsza. Uderzyłam nogą z pół obrotu, do góry tak, że pistolet wyleciał, a łokciem walnęłam go brzuch. Zgiął się w pół i upadł, drugi zaalarmowany tym co się dzieje też poległ. Z małym rozpędem, podkosiłam go nogą, robiąc podobny do koziołka obrót i chwytając broń, która leżała nieopodal i zgrabnie natychmiastowo wstałam, celując w nich. Całe zajście widziała policja, która od razu do mnie podbiegła i obezwładniła, wykręcając rękę tak, że pistolet który miałam w ręce upadł na podłogę. Syknęłam, ale nie z bólu. Byłam po prostu niezadowolona, jednak mimo wszystko dumna.

Siedziałam w białym pomieszczeniu od ponad godziny. Nikt nie przychodził, jakby czekał na Bóg wie co. Nie zamierzałam się załamywać. Miałam przy sobie tą swoją starą torbę, koloru zgniłej zieleni, a w niej telefon, jednak wolałam nie ryzykować. Byłam prawie pewna, że bym mi go zabrali. A moich rzeczy nikt nie dotyka, zwłaszcza tych intymnych. Spojrzałam na tą słyną szybę z filmów. Oni mnie widzą jednak ja ich nie. To najbardziej mnie intrygowało, po co oni czekają? Możliwe, że sprawdzają moją tożsamość, jednak mnie to nie obchodziło. Koniec z uciekaniem od prawdy. W chwili, kiedy pomyślałam to zdanie usłyszałam, że drzwi otwierając się a w nich staje, mężczyzna. Nie za wysoki nie, nie za niski. Z blond włosami i zarostem. Usiadł naprzeciwko mnie, wpatrując się we mnie. Wywróciłam oczami. Nie zamierzałam się odzywać pierwsza, trzymałam się tego, że robi to zawsze osoba płci męskiej.
- Zamierzasz milczeć? – zapytał ciepłym tonem. Spojrzałam na niego niepewnie, mrużąc oczy. Ludzie on potrafi mówić!
- Nie, będę mówić bez sensu – uśmiechnęłam się sarkastycznie. Spojrzał na mnie rozbawiony, najwyraźniej rozbawiła go moja postawa. Nie miałam ochoty na rozmowy z nim. Powinnam dostać tylko pouczenie i zostać odesłana do domu, dlaczego więc nadal mnie tu przetrzymują?
- Wiesz dlaczego tu jesteś? – kolejne pytanie. Zaczynałam myśleć, że tylko to potrafi. Pytać.
- Nie – odparłam lakonicznie. Wypuściłam powietrze z płuc, próbując rozluźnić jakoś napięcie. Spojrzałam ponownie na szybę, przez którą i tak nic nie widziałam. Mężczyzna zauważył to, jednak nie odezwał się. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam wzrok.
- Jesteś tu, ponieważ masz niezwykłe zdolności – oznajmił powoli, na co uniosłam brwi do góry – Policja widziała Cię w kawiarence, jak powaliłaś tych dwóch. Musisz wiedzieć, że szukaliśmy ich kilka dni.
- Odwaliłam za was czarną robotę – jak zawsze. Wszyscy mnie wykorzystywali, nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Poczułam się nagle niezręcznie. Nie chciałam tu być. Chciałam wrócić do miasta, pozwiedzać, posiedzieć w bibliotece, a nie być tu przesłuchiwana.
- Po Twojej minie zgaduję, że nie jesteś z tego dumna – stwierdził. Zacisnęłam usta w wąską linię. Jestem dumna, bardzo. Nie za bardzo potrafiłam uwierzyć w to co się stało, jednak…
- Jestem – odparłam krótko – Ok. Powiedziałeś, że mam jakieś zdolności, co z tego? Nie mogę już iść?- spojrzał na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Jednak ja dostrzegłam, że  kąciki ust ma lekko podniesione. Jeżeli nie zamierzał mi pomóc, wypuścić mnie czy torturować, to co ja tu robiłam? Powinnam wracać, jak oni się dowiedzą kim jestem, będę zmuszona wrócić do rodziny. Nie chciałam tego, nie po to uciekłam, żeby teraz wracać.
- Nie – powiedział – Nadal nie wiemy jak się nazywasz ani skąd umiałaś powalić na ziemie dwóch złodziei, bez najmniejszego wysiłku.
- Do czego konkretnie jest to potrzebne? – unikałam odpowiedzi. Uśmiechnął się ciepło, jednak ja nie ustępowałam.
- Możliwe jest, że jesteś przestępcą – powiedział, wzruszając ramionami i wstając. Zmrużyłam oczy, po czym kiedy był przy drzwiach prychnęłam na tyle głośno, by usłyszał.
- Chciałabym być – mruknęłam cicho, ale wiedziałam, że mnie wszyscy słyszą. Nie miałam ochoty wysilać się na rozbudowywanie odpowiedzi, po prostu dodałam co myślałam. – Mam gdzieś co ze mną zrobicie. Możecie mnie nawet zabić, zrobicie mi tylko przysługę – dorzuciłam trochę głośniej. Mają moje odciski palców, wystarczy, że wprowadzą je do bazy danych i koniec. Wrócę do domu. Do tych fałszywych ludzi, do nienawidzących mnie rodziców i problemów. Pocieszająca była myśl, że byłam trzy dni w mieście, beztrosko robiąc wszystko co chciałam. No nic, najwyżej ucieknę kolejny raz. Chyba, że wyląduję w szpitalu psychiatrycznym, to było całkowicie podobne do mojej matki.


- Masz już coś? – blondyn wszedł do pomieszczenia z szybą, przez którą mógł obserwować dziewczynę. Spojrzał po zebranych. John nie odrywał wzroku od szyby, a Birkhoff tylko na niego spojrzał. Raymond szturchnął komputerowca znacząco i dopiero wtedy ten się odezwał.
- Tak, właściwie… - spauzował, Christopher ponaglił go wzrokiem i wtedy to John odezwał się.
- Ona uciekła z domu, sprawdziliśmy – oznajmił beztrosko wpatrując się w uwięzioną tam na dole, dziewczynę – Jest w bazie, policja jej szuka.
- Dlaczego uciekła? – zapytał zdziwiony. W swoim życiu miał wiele takich przypadków, jednak ona była… No, przecież nie była bita, nie siniaków, nie ma podkrążonych oczy, nie bierze narkotyków, co więc skłoniło ją do ucieczki.
- Może jej się zapytaj – zasugerował Ray, patrząc na wszystkich.
- Nic nie powie – wtrącił John odwracając od niej wzrok na chwilę, po czym przystanął przy drzwiach. – Nie tobie, w każdym razie – uśmiechnął się do siebie, pod nosem.
-Ach, a tobie tak? – zaśmiał się Birkhoff, jednak John zupełnie go zignorował i już schodził ze schodów. Wiedział jak przemówi jej do rozumu, wystarczyło użyć siły. Z nią nie będzie tak łatwo. Cokolwiek sprawiło, że jest taka a nie inna, musiało zostawić po sobie duże blizny. A jeśli dobrze się przyjrzeć, nawet blizny da się zauważyć.


Usłyszałam jak drzwi otwierają się po raz kolejny. Czułam się obserwowana, jednak nie dałam tego po sobie poznać. Nie zasługiwali na prawdę. Nikt z nich tutaj. Spojrzała na czarnowłosego, który pewnym krokiem, wmaszerował do pokoju. Moja uwagę przykuła flaga na jego piersi i uśmiech. Figlarski? Nie, bardziej uwodzicielski, ale przecież w policji nie wolno uwodzić więźniów, prawda?
- Jak masz na imię? – zapytał łagodnie, podchodząc do mnie. Nie wiedzą? Spojrzałam na jego oczy i zmarszczyłam brwi, przyglądając się im. Wiedzą.
- Dlaczego miałabym odpowiedzieć, kiedy znasz już odpowiedź? – zapytałam, na co uniósł brwi do góry.
- Skąd pewność, że wiem? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Kiwnęłam spokojnie głową na szybę.
- Bo byłeś tam – wyjaśniałam. Uśmiechnął się zaskoczony, jednak przytaknął.
- Masz rację – przyznał i podszedł do mnie, kucając przy krześle, do którego miałam przykute ręce i wyciągając przedtem kluczyk, zręcznie zdjął kajdanki, kładąc je na stole. W moich oczach widać było zdziwienie, założę się, że w oczach tych za szybą także.
- Dlaczego uciekłaś z domu? – zapytał wprost, na co przełknęłam ślinę. Jeśli nic mu nie powiem, nie wiadomo co może zrobić. Nie powinnam z nim rozmawiać, powinnam zniknąć.
- Dlaczego żyjemy? – wypaliłam trochę zdenerwowana  – Myślałam, że policja wie wszystko.
- Dlaczego myślisz, że policja wie wszystko? – zapytał. Kolejny co tylko pytać umie. Świetnie. W sumie powinni wiedzieć kim są moi rodzice. Nie, nie powinni, ale ja powinnam im powiedzieć, jednak w końcu i tak się dowiedzą.
- Mój ojciec jest w policji. – powiedziałam obojętnie, spoglądając jak patrzy na mnie ze zdumieniem – A myślałeś, że dlaczego zaczęli tak szybko poszukiwania? W sumie, dziwię się, że w ogóle zawiadomili o moim zniknięciu.- prychnęłam.
- Było ci z nimi źle? – kolejne pytanie. Jak nie przestanie pytać, to go walnę.
- Tym zakopanym w ogródku, na pewno – czarny humor. On się zaśmiał, ludzie czyli on nie tylko potrafi pytać, umie się też śmiać!   
- Taa… Oczywiście.
- Nie żartuje – powiedziałam poważnie, po czym widząc jego minę, dodałam – Kiedy stąd wyjdę?
- Powinniśmy Cię wysłać do rodziny – powiedział powoli, jednak ja się ani trochę nie zdziwiłam. Wiedziałam jak działają. Odsyłają cię. Jednak ja nie zostanę przyjęta z otwartymi ramionami, jak reszta tych nastolatek. U mnie było o wiele gorzej. – Jednak jesteś pełnoletnia i możesz zdecydować – podniosłam głowę, wytrzeszczając oczy. Dosłownie straciłam mowę, więc zamknęłam usta, które były cały czas otwarte. Przełknęłam ślinę, próbując przezwyciężyć rosnącą gulę w gardle. Po jakiejś minucie, kiedy odzyskałam głos, odezwałam się.
- Co takiego? – jedyne co udało mi się wydusić. Uśmiechnął się.
- Możesz zdecydować – czy chcesz zostać czy wracać do rodziny? – powtórzył. Zamyśliłam się, nie musiałam tam wracać! Nie musiałam! Nic mi nie zrobią, o mój Boże, nic mi nie zrobią. Będą zmuszeni wycofać zgłoszenie, a ja będę wolna.
- Chcę zostać – powiedziałam bez chwili wahania, stanowczym głosem. Jego oczy przeszywały mnie na wylot, w końcu kiwnął głową i znowu wyszedł.


- Dzwoń do tych co zgłosili jej zniknięcie – polecił John, wchodząc do pokoju. Birkhoff spojrzał na niego zdziwiony, jednak posłusznie chwycił słuchawkę i wykręcił ich numer – Niech odwołają zgłoszenie.
- Co ja mam im powiedzieć? – zapytał. Mężczyzna spojrzał po wszystkich, on również mieli pytające miny. Wzruszył tylko ramionami.
- Że znaleźliśmy ich córkę, która nie chce do nich wracać – powiedział, jakby była najprostsza rzecz na świecie. Chłopak wzdrygnął się, jednak posłuchał.
Kiedy wreszcie mnie wypuścili… No nie okłamujmy się, trzeba było coś zrobić, żeby odreagować. W moim hotelowym pokoju, przebrałam się w dres i ubrałam buty do biegania. Wychodząc rzuciłam okiem na całe pomieszczenie. Kiedy byłam już na zewnątrz, zaczęłam biec. Jedyne zajęcie, które kochałam równie mocno jak ucieczkę. Wiatr rozwiewał mi włosy, lecz ja biegłam dalej. Nic mnie nie obchodziło, ani to, że jest ciemno, ani to, że zostałam sama. Jedyne co chciałam teraz robić? Biegać. Zapomnieć o tym co mnie spotkało. W nosie miałam tego ptaka, który siedział na drzewie i mnie obserwował. W jednej chwili coś mi w głosie zaskoczyło. No jasne. Policja która puszcza wolno, po tym jak miało się w ręce broń i powaliło dwóch umięśnionych przestępców? Taa, chyba tylko w snach coś tak lekkomyślnego mogło się zdarzyć mnie. Spojrzałam kątem oka na kamery, jakoś nie chciało mi się uwierzyć, że na mnie nie patrzą. Zaśmiałam się i przyśpieszyłam, obierając sobie jako kierunek las. Jak tylko w niego weszłam, zniknęłam z pola rażenia, wiedząc, że zaraz przyślą jakiegoś szpiega. Zatrzymałam się i schowałam za najgrubszym i najbliższym drzewem. Uspokoiłam oddech i czekałam.


- Zniknęła – powiedział zdziwiony, patrząc na ekran. Marszcząc brwi, John przyjrzał się obrazom z kamer ulicznych. Nie było jej tam, ale jak do cholery zniknęła. W oczy rzucił mu się las, uśmiechnął się pod nosem.
- Wysyłamy kogoś? – zapytał Birkhoff, spoglądając na niego. Do sali wszedł Chris, spoglądając to na jednego, to na drugiego.
- Co się stało?
- Zniknęła – powtórzył szatyn, wskazując na ekran.
- Na co czekacie? Wyślijcie kogoś – rozkazał. John zaśmiał się.
- Niech ktoś zawoła Tyler’a – jego rozbawiony głos, zabrzęczał w uszach Birkhoff’a. – Ma robotę – oznajmił choć dobrze wiedział, że puszcza go w pułapkę. Ta dziewczyna wiedziała co robi i za nic nie odpuści.


Po pół godzinie usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Mojego uśmiechu nie dało się ukryć. Wzięłam cicho głęboki wdech i siłą woli powstrzymałam drżenie kończyn. Do moich uszu dobiegł szelest liści i niemiarowy oddech człowieka. Odwróciłam głowę w prawo, przypierając się do drzewa. Kiedy był wystarczająco blisko, podkosiłam mu szybko nogę. Siadając później na jego plecach. Jęknął.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? – zapytałam głośno, wstając z niego powoli. Odsunęłam się na odległość kilku metrów. Zmierzył mnie wzrokiem. Nikt nie powiedział mu, że chodzi o jakąś brunetkę. Najgorsze było to, że ta mała osóbka właśnie go powaliła.
- Ty jesteś Gabriela? – zapytał, być może mając nadzieję, że to jednak nie ona.
- Nie. Jestem demonem z piekła rodem – zaśmiałam się z ironią. – Oczywiście, że jestem Gabriela – potwierdziłam trochę smutno – A ty jesteś chłopakiem, który miał sprawdzić, dlaczego zniknęłam – stwierdziłam, bardziej niż zapytałam. Wzrok miał zdumiony, nie wierząc, że tak łatwo ich przejrzałam. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z lasu. Stanęłam na krawędzi i przywołałam wzrokiem chłopaka. Podszedł do mnie, a ja chwyciłam go za ramię i szarpnęłam tak, że razem z nim byliśmy w polu widzenia. A co tam raz kozie śmierć. Pomachałam ręką i puściłam chłopaka.
- Jak masz na imię? – zapytałam niechętnie.
- Tyler – odparł lakonicznie, a ja spojrzałam mu w oczy.
- Słuchaj, powiedz tym durniom, że jeśli nie przestaną mnie śledzić, pożałują – powiedziałam, i znowu zaczęłam biec. Nawet nie oglądałam się z siebie, być może gdzieś  w głębi wiedziałam, że nie zrobią tego o co prosiłam. Wtedy będę miała pole do popisu i każdy będzie szczęśliwy. No prawie…


Dziesięć minut później, kiedy Tyler przedstawił prośbę brunetki, John pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony i ostatkiem sił, próbował nie wybuchnąć śmiechem.
- Nie będzie ci tak do śmiechu, kiedy to na ciebie usiądzie – warknął w jego stronę zezłoszczony. Nigdy więcej spotkań z tą dziewczyną. Nigdy więcej.
- Przejrzała nas – stwierdził – Lepiej przestańmy obserwować, nie wiemy do czego jest zdolna.
- No właśnie. – Ray włączył się do rozmowy. – Nie wiemy co może zrobić – rozsiadł się wygodnie w fotelu. John prychnął, kręcąc głową z niedowierzanie. Birkhoff wstukał coś na klawiaturze, widocznie skupiony na swoim zadaniu, a Raymond najzwyczajniej w świecie przyglądał się poczynaniom tej dwójki. Był małomówny, jednak najbardziej rozsądny, no bardziej rozsądny niż Tyler, który bez najmniejszego problemu przyglądał się co robi, znienawidzona przez niego dziewczyna. Ona wiedziała co się święci i zamierzała to wykorzystać w najzwyklejszy sposób, na który nawet ktoś taki jak Birkhoff musiałby posiedzieć z kilka godzin.
- Bo ty to byś wszystkich pozamykał w klatkach – odezwał się John, kiedy Ray wypowiedział swoje zdanie.
- Przynajmniej nikt by na tym nie ucierpiał – odparował natychmiast, przyglądając się ekranowi za nim. Nigdy nie był za znęcaniem się nad słabszymi, jednak teraz najzwyczajniej było to konieczne.
- Ludzie, zamknijcie się! – Tyler stracił cierpliwość. Nagle ekrany, zaświeciły się na czarno. Wszystkie które miały obraz na pokój hotelowy, w którym obecnie przebywała ciemnowłosa. John spojrzał na to z rozbawienie, jednak Raymond wcale się nie uśmiechał. Był wściekły, wściekły na nich wszystkich po kolei. Birkhoff próbował całą sytuację naprawić, jednak był bezsilny. Pierwszy raz w życiu był bezsilny. Odsunął się od komputera, zezłoszczony. Kiedy miał wychodzić, na ekranie pojawił się napis.
- Kobiety lubią mieć trochę prywatności – wzruszył ramionami, na co Ray zmierzył go spojrzeniem, mrożącym krew w żyłach. Napis głosił „Ostrzegałam”. Nie wiedzieli nawet, jak wielką radość sprawili osobie, siedzącej po drugiej stronie.

 Zaśmiałam się. Tylko czekać, aż wpadną z wizytą. Wątpię, żeby ktoś z nich był zadowolony z mojego wyczynu. Lata na uczelni Stanford i rok z grupą hakerów, dawał się we znaki. Zamknęłam drzwi na klucz i kładąc się do łóżka włączyłam cichy alarm. Położyłam głowę na puszystej poduszce i zamknęłam oczy. 

___________________________________________________

To jest rozdział pierwszy, który napisałam z nudów. Tak to ze mną bywa. Tak więc za kilka dni, może tygodni, dodam bohaterów. Mniej więcej za może z miesiąc pojawi się rozdział drugi, w końcu mimo szkoły nie mam co robić, a kiedy mam doła, pisze bardzo często i jakoś tak gładko mi to idzie. 
Ale hej! W końcu to jest życie! Nie można się przejmować takimi błahostkami, jak np. złamane serce, złe oceny, zły humor, obojętność czy powtarzanie klasy. Życie jest tylko jedno, a w końcu ktoś mądry powiedział;

"Nic nie dzieję się przypadkowo" 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz